dobrodobro

Wpisy

  • czwartek, 04 sierpnia 2011
    • z archiwum - Praga

      praskie
      opowieści (13)

      Nasi najbliżsi sąsiedzi! Nieprawdopodobny tygiel typów
      wszelakich - od ludzi wjeżdżających superwozami do podziemnych parkingów,
      których chronią uzbrojeni po zęby ochronirze - po żuli, których codziennie rano
      spotyka się przy śmietnikach i przy przystankach - gdzie sępią drobne na swoje
      poranne "wino".

      Mieszkamy w części dla żuli - starej, sypiącej się
      kamienicy, z widokiem na jeszcze obskurniejsze budowle z końca XIX wieku. I na
      podwórko, w którym w sobotnie wieczory słychać donośne wszechpraskie disko, a
      zaraz potem krzyki, przekleństwa i płacze. Nic z tej przyjemnej, artystycznej
      etykiety, którą już od pewnego czasu usiłuje się przypiąć tej części Pragi.
      Żadnych intrygujących młodzieńców w barwnych szalikach dźwigających zagruntowane
      płótna na wyżyny swojego nieba do wynajęcia. Takich, którzyby prędzej zapadli
      się pod ziemię, niż odmówili pomocy przy wnoszeniu dzieci, rowerka lub
      wózka.

      I tu niespodzianka. Otóż... w tej przedziwacznej przepraskiej
      stronie o żadną pomoc prosić nie muszę! Ilekroć spotkam kogoś z sąsiedztwa,
      zawsze mam pomocników, choćbym naprawdę tego nie chciała! Wóz frunie w górę, a
      ja zdumiona, gonię go przekrzykując się z tymi pomocnikami - że ciężki, że
      przecież nie trzeba, że dam sobie radę.
      Ci pomagierzy! Dreszcz nieraz biegnie
      po plecach! Kiedyś wnosił ze mną wóz jakiś chłopak z rozoranym łukiem brwiowym,
      który tłumaczył, że nieźle oberwał, no i dlatego tak właśnie wygląda (jak gdyby
      to miało mnie uspokoić). Innym znów razem pomogła starsza pani, która sama przed
      chwilą zniosła po schodach wnuczka razem z wózeczkiem (protestowałam, ale na nic
      mi się to zdało). Dzień po niej rzucił się do pomocy nastoletni syn sąsiadów
      zmobilizowany przez swoją mamę ("Szoruj po wózek, widzisz, że pani ciężko!").
      Teraz już zawsze, kiedy go spotkam, pyta czy może pomóc. Jeszcze kiedyś-tam
      spotkałam na dole tą dziarską babcię od wnuczka, która gawędziła z dwoma
      najbardziej zagorzałymi okolicznymi pijaczynami.
      - Stasiek! Zenek! - wybuchła
      - Co to, KOBIETA się męczy, a wy stoicie?
      Pijacy spojrzeli po sobie,
      wzruszyli ramionami i chodu do woza. Rany, jak drżałam, że któryś zejdzie na
      zawał, kiedy tak w swoim męskim wyczynie sunęli na górę bełkocąc jeden przez
      drugiego, że swój swojemu zawsze pomoże. Włos mi się jeżył: swój - swojemu? Ale
      milczałam. Uśmiechnięta i mile zdziwiona. I także oni, ci pijaczkowie teraz już
      zawsze, kiedy mnie widzą, wołają z dala: "Wózek wniesiemy, ale dzidzie to pani
      sama". Już ja bym im dała dzidzie!

      I jeszcze jedna "sąsiedzka" opowieść.
      Chyba z pięć razy zalaliśmy pralkową popłuczyną sąsiada z dołu. Bo nasza pralka
      (którą także wynajmujemy) to taka prababka wśród pralek. Nasz sąsiad -
      nieszczęśnik to szczupły naukowiec, który przemyka ulice w cienkim prochowcu,
      który nosi niezależnie od pory roku. Nigdy nas nie poznaje, a kiedy wreszcie
      hukniemy "Dzień dobry!", zatrzymuje się, bardzo speszony i prawie przeprasza -
      że żyje? Taki dziwny pan, który wiesza w swym korytarzu różne wydrukowane
      napisy. Na przykład: "Największym błędem relacji międzyludzkich jest wydawanie
      sądów wartościujących". Albo "Dziękuję Ci za niepalenie". Albo "SPRAWDŹ ŚWIATŁO
      I GAZ" i "UŚMIECHNIJ SIĘ!" na drzwiach wyjściowych. Ostatnio zebraliśmy się w
      sobie i zaproponowaliśmy nieszczęśnikowi remont. Bo mu na pewno sen z powiek
      spędzała ta plama na łazienkowym suficie w jego sterylnym domostwie.
      Niefortunnie dzień remontu zbiegł się z dniem, w którym położyła nas na łopatki
      dziwna mutacja grypy. Blady i siny na przemian Przemuś malował ten wielki sufit
      ledwo stojąc na metalowej drabinie, pośród setek (tak: setek) fiolek opatrzonych
      wielkimi napisami, które pan naukowiec poustawiał w równiutkich rządkach na
      wszystkich poziomych powierzchniach mieszkania. Byłam zawiedziona, bo Sierść nie
      sprawdził co to za fiolki. Mówił, że bał się spojrzeć. Na domiar tego
      wszystkiego, kiedy zakończył remont, wdzięczny sąsiad obdarował go pakietem
      chmielowych szyszek (które sam zbierał w Kampinosie) i owiniętą w folię porcją
      zielonej pietruszki ("pietruszka koniecznie, bo kiedy się parzy, tlen się
      uwalnia, jak państwo na pewno wiedzą"). Mamy się tym wyleczyć.

      Błogo mi
      jakoś. Pewnie niedługo tu pomieszkamy, ale już na zawsze zostaną w mojej pamięci
      wszystkie te dziwne sąsiedzkie twarze.
      Takie ludzkie bardzo,
      prawda?

      mama-mia 2005-10-03 11:00:16
      skomentuj
      (10)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      olijoka
      Czas publikacji:
      czwartek, 04 sierpnia 2011 22:20
  • środa, 08 czerwca 2011
  • środa, 01 czerwca 2011
  • sobota, 28 maja 2011
    • z archiwum - dźwig kupię

      ...
      AAA JEKEjeke... U TRĄF TRĄF tiBIdibi. I rYYYM CYM cyym - ou JEee... a'm BLU tadaDIdadiDA. aIM BLU taDA duDADIDA.

      Dźwig pilnie kupię. Bez pośredników.

      mama-mia 2005-09-30 08:41:11

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      olijoka
      Czas publikacji:
      sobota, 28 maja 2011 22:51
    • z archiwum - pisanina

      już ledwo sapie...
      ...już ledwo zipie
      a jeszcze palacz węgiel w nią sypie...

      Mam trzecią pracę. Będę robić krótkie opisy książek dla ludzi, którzy prowadzą internetowy antykwariat. Hurtem, za grosik. A bardziej za książki, które po drodze na pewno mnie skuszą. Niemożliwe, żebym dla potrzeb każdego opisu miała czas czytać te wszystkie książki - ich dzienna porcja zajmie trzy czwarte biurka. Skoncentruję się więc na suchych, merytorycznych notach w duchu: "kto, z kim, kiedy, dlaczego". A tylko czasem huknę od serca jakiś zachwycik lub piękny cytat - jeśli okaże się, że znam, kocham, lubię, szanuję... i mam na półce. I że na pewno nie potrzebuję drugiego egzemplarza.
      Tymczasem - czy ktoś może mi polecić jakąś porządną stronę na temat książek? Wydartą z elektronicznego półświatka?

      mama-mia 2005-09-28 21:59:21

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      olijoka
      Czas publikacji:
      sobota, 28 maja 2011 22:50
    • z archiwum - Olik

      abstrakcyjny synek
      Olik ma już iść spać. Ale jeszcze uczymy się nieznanych, jak dotąd, nazw części ciała. Mówię mu:
      - To jest łydka. A to? - pokazuję kark.
      - A to - helikopter! - woła Oliczek i coraz bardziej chichocze.
      - To jest kciuk, a ten palec obok jak się nazywa?
      - Kciuk. Na nazwisko.
      - Może inaczej zrobimy... - daję wreszcie za wygraną, bo już mi ten synek prawie skacze w pościeli zamiast spokojnie usypiać.
      - Dobranoc mój chudzieńki grubasku.
      Oliczek zanosi się ze śmiechu. No to próbuję czegoś bardziej abstrakcyjnego:
      - Dobranoc mój diabelski aniołku.
      - Cześć Anka! - wypala ten miluś.
      - Dobranoc wesoły smutasku. - mówię ostatkiem sił.
      - Miaaau - kiwa głową i kończy rozmowę Synek.

      mama-mia 2005-09-28 21:37:23

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      olijoka
      Czas publikacji:
      sobota, 28 maja 2011 22:50
    • z archiwum - rodzina

      nienuklearnie
      Rodzice i dzieci, bez dalszych ścisłych powiązań z resztą rodu, z sąsiadami, z kimkolwiek - przynajmniej jako cała grupa. Jest na to takie straszne określenie: rodzina nuklearna. Mam chwilę odpoczynku od rodziny nuklearnej. Mam swoją chwilę w hipisowskiej wiosce, która mnie zawsze tak kusiła.

      Nagle nas całe mnóstwo. Svieta i Krzyś już kawalątek czasu temu zajęli naszą kuchnię. Oboje pracują przy filmowym festiwalu. A Mama (tym razem moja Mama), śpi z dziećmi w ich pokoju. I biega od rana do wieczora z Olkiem na różne przedstawienia - jest w delegacji w ramach festiwalu teatrów dziecięcych i młodzieżowych. Svieta ma taki bardzo miły zwyczaj robienia małych niespodzianek. Na przykład lizaka mi przynosi albo kwiaty, a gdy się dziwię, mówi: "A, bo tak". Albo wysyła esemesa w ciągu dnia i pyta, jak mi poszło - to, tamto, siamto. I mówi: "Maaadziu" jakoś tak z patosem. A my dzwonimy, kiedy się robi późno, a jej wciąż nie ma. A Krzychu pracuje ze mną ramię w ramię (bo on też taki wolny strzelec) i wnosi za mnie wózek, gdy wracam z dziewczynami. I robi zdjęcia wszystkim. A Mama śpiewa dzieciom w nocy: "Dwóóóm tańczyć się zachciało, zachciało, zachciało leeecz im się nie udało kali kali kalo...". I piwo pijemy wieczorami, i gadamy sobie, i gotujemy coś, i potem tłocząc się przy stole razem jemy. I może nawet starczy czasu na wspólną fotograficzną wyprawę. Ale fajnie. Czasem ten dawny wzór wspólnoty rodowej tak jakoś koi.

      mama-mia 2005-09-28 09:21:30

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      olijoka
      Czas publikacji:
      sobota, 28 maja 2011 22:49
    • z archiwum - prawo serii

      falowanie
      Wierzycie w prawo serii? W całe to falowanie? Ja chyba tak.
      Wierzę w okresy wielozapalniczkowe i bezzapalniczkowe, wierzę że czas, kiedy pieniądze z każdej strony strumieniem płyną na konto, rychło zmieni się w czas kiedy choćbym zrobiła striptiz na starym rynku, to i tak nikt nie wrzuci złamanego grosza do kapelusza. Że raz na wozie, a raz pod wozem - takie trywialne prawdy, a przecież tak tajemnicze, gdy o tym pomyśleć.
      Obecnie panuje mi czas dramatycznie wprost bezspodniowy, a dla równowagi święci triumf okres wielobutowy (mam 17 par i wszystkie w niezgorszym stanie - nie mam pojęcia jak to się stało).

      Poszła w górę też najważniejsza fala. Jestem zakochana, aż mi się kręci w głowie i ciemno mi przed oczami. I to w kim - olaboga!
      We własnym Mężu :). Cyk za to!

      foto: Svieta
      mama-mia 2005-09-27 10:21:03

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      olijoka
      Czas publikacji:
      sobota, 28 maja 2011 22:48
    • z archiwum - Kalinka

      Akita
      Pokazuję na zmianę mówiąc wyraźnie kto jest kim: Mama - Kalinka - Mama - Kalinka. Małe Dziecko celuje chudzieńkim palcem we własną pierś, kręci głową i mówi z naciskiem:
      - Akita!

      Jej Babcia mówi półżartem, że pewnie tak nazywała się w poprzednim wcieleniu i jeszcze to pamięta. Urocze te wszystkie teoryjki - ubarwiaczki. Urocza nasza mała Japoneczka Akita. Praaawda?

      A jaką fajną lalkę ma, o! Obie dziewczynki dostały lale starsze od nich o jakieś 30 lat. Wydobyte z piwnicy bidule przedstawiały sobą obraz nędzy i rozpaczy, a także nieuchronne skojarzenia z laleczką Chucky. Ale! Ale! Prababcia dzień cały siedziała przy maszynie, by uszyć im śmieszne ciuszki wykończone falbaneczkami, a Babcia zrobiła na szydełku małe buciki. Uff... nareszcie jakaś odmiana po tych szwadronach rycerzy, hordach piratów i kosmicznych wojowników - robotów, którzy zameldowali się u nas na pobyt stały.

      mama-mia 2005-09-27 09:13:07

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      olijoka
      Czas publikacji:
      sobota, 28 maja 2011 22:47

Tagi

Kanał informacyjny